Skończyliśmy już ćwiczenia z WPS, teraz tylko zaliczyć kolokwium za 2 tygodnie i koniec. Nie były to najgorsze zajęcia, choć za każdym razem przed wejściem do sali ogarniał mnie stres i panika, że weźmie do odpowiedzi albo zrobi kartkówkę. Nieprzyjemne uczucie. Podsumowała też naszą aktywność - dostałam 1 pkt na 4 możliwe i uważam, że całkowicie sprawiedliwie.
Tak okręciłyśmy Alka, że dzięki bogu, spotkałam się tylko z Dorotą i naszą administracją w starbucks. Praca jest nie do oddania. Starałyśmy się znowu cokolwiek poprawiać, ale miałyśmy tylko 1.30h. Tak się wstydzę naszej pracy, tak bardzo nie podoba mi się rozdział wzięty z kosmosu o kulturze, ale jednocześnie nie damy rady teraz wszystkiego zmieniać, tym bardziej, że to nie należało w naszej gestii. Najgorsze jest chyba to, że Alek kompletnie nie widzi swoich błędów, nie czyta tego co napisał. U niego kolejne zdanie, nie wynika z poprzedniego, jest pełno literówek, zupełny brak spacji lub 2 spacje jednocześnie, nie używa wielkich liter kiedy to konieczne, brak przecinków, a za dużo myślników, źle oznaczone przypisy i za dużo tych przypisów. W jego pracy jest coś albo zerżnięte z Wikipedii lub z innego niezbyt wiarygodnego źródła, albo napisane językiem, tak banalnym i tak fleksyjnie niepoprawnym, że aż razi i nie wiadomo co autor miał na myśli. Dla niego wszystko jest dobrze, według niego powinniśmy już to tydzień temu przesłać, bo jest świetne. Załamuję ręce i płaczę. Nie wiem co z tym zrobić. Nigdy, żadna moja praca, pod którą się odpisuję nie wyglądała w ten sposób. A co by było, gdybyśmy z Dorotą oddały tak jak jest, nie sprawdzając tego co napisał? Naprawdę nie można mieć zaufania do ludzi? Wszystko trzeba sprawdzić po kimś, poprawiać jego błędy. Zero odpowiedzialności.
I ten jego wyraz twarzy... Nie mogę na niego patrzeć, nie chcę go słuchać. Niech mnie zostawi w spokoju, nie odzywa się, nie przebywa w moim towarzystwie, nie rusza (zauważyłam, że co jakiś czas mnie dotyka po ramieniu, ja się odsuwam, a on: "spoko, będzie dobrze". O co mu chodzi?). Doprowadza mnie to do szaleństwa, w negatywnym znaczeniu tego słowa.
Na szczęście mogłam odreagować stres dzisiejszego dnia na Imielinie. Pyszne krokiety będę wspominać jeszcze długo, tak jak rozlane piwo w torbie, mecz, Zbigniewa Hajzera (!), słodkiego Nemanja. Miło się spotkać i porozmawiać o czymś normalnym.
Powrót do domu i znów administracja:(
M.
a teraz miesiąc towarzyskiej abstynencji :(
OdpowiedzUsuń