niedziela, 30 września 2012

26.09.2012

Miałam 30 min. spokojnego spacerku po Nowym Świecie. Zaglądałam we wszystkie witryny księgarń. Niektóre miały naprawdę piękne ekspozycje, pełne ciekawych, kolorowych albumów. Od razu pomyślałam jak pięknie wyglądałyby w mojej biblioteczce.  Szłam naprawdę wolno (odcisk na stopie nie dawał spokoju), przyglądałam się pędzącym ludziom i ze smutkiem stwierdziłam, że za parę dni też będę musiała tak biegać na swoje wykłady, skończyły się moje najdłuższe wakacje.

Weszłam do budynku i oczywiście nie wiedziałam gdzie mam iść, nikogo czekającego w pobliżu mnie nie było. Rozglądam się na boki: po prawo rząd drzwi, jakieś przejście, kilka schodów; po lewo rząd drzwi, przejście, kilka schodów, przede mną krzątający się budowlańcy. Szukam jakiś informacji, wskazówki, tablicy z ogłoszeniem o miejscu dzisiejszego szkolenia bibliotecznego. Widzę panią w portierni, pytam gdzie mam iść. Pani trochę zszokowana, że dzisiaj jest jakieś szkolenie, pyta pana X. czy coś wie na ten temat. Wie. Mówi pani, że dziś cały dzień będą zajęcia w bibliotece. Więc pani, z uprzejmością pokazuje gdzie mam pójść. - Wyjdziesz drzwiami na dziedziniec koło robotników, wejdziesz w drugie drzwi, z napisem blok 2, klatką schodową na pierwsze piętro, miniesz portiernię i jesteś na korytarzu i tam jedne z kolejnego rzędu drzwi prowadzą do biblioteki. Pff...

Myślałam, że będę pierwsza, po tym jak pani nic nie słyszała o szkoleniu, doszłam do wniosku, że pewnie nikt przede mną jej nie pytał o drogę, a do spotkania zostało niecałe 15 minut. Jakie było moje zdziwienie, jak zobaczyłam czekającą dziewczynę. Zapoznałyśmy się i pogadałyśmy chwilkę. Jak się okazało D. jest bardzo miła, uśmiechnięta, nosi okulary i studiuje już prawo na UW, a polityka społeczna jest jej drugim kierunkiem, a prócz tego jest spoza Warszawy.

Nie upłynęło 5 minut, jak zaproszono nas do czytelni biblioteki. Siedziałyśmy tylko we dwie, jak dołączyła się do nas K. studiująca bezpieczeństwo narodowe na 3 roku, na AON-ie. Tak sobie gadamy i dowiaduję się, że indeksy nie są obowiązkowe. Trochę szkoda, bo teraz nie wiem czy pójść z duchem czasu i mieć wszystko w internecie, czy może trochę zachować sentymentalizmu? Poza tym indeksy są fajne. Muszę pomyśleć. Przyszedł jakiś chłopak, usiadł koło nas, nie przedstawił się, a za nim kolejna grupka ludzi i kolejna.. i tak się schodzili. Nie było wszystkich 40 osób, na pewno.

Czy dowiedziałam się czegoś na szkoleniu, czego wcześniej nie wiedziałam lub nie przeczytałabym sama w internecie: nie. 
Czy osoba prowadząca zajęcia była niekompetentna: tak
Czy szkolenie było stratą czasu: tak.

Gdy wychodziłam znów wpadłam na E. pogadałyśmy chwilę, zapisała się na ogun (antyczne coś tam), po którym na zakończenie zajęć jest wyjazd do Berlinu. Wciąż utrzymuje kontakt z M., W. i Ś., która poszła na resocjalizację czegoś tam. Ogólnie pracowała jako kelnerka i odpoczywała nad morzem.

Pochodziłam trochę po sklepach, zjadłam b-smarta, wróciłam z olbrzymim bólem pięty i już całej łydki, od napinania mięśni. Uratowała mnie Z., która skończyła lekcje i wyszła po mnie na stację, i pożyczyła swoje buty.

http://www.youtube.com/watch?v=BcSS_Tg54l0  (nie nie znam tego z pamiętników z wakacji :))

M.

piątek, 28 września 2012

25.09.2012

Gdy jechałam pociągiem do Warszawy, kompletnie nic, żadnego mrowienia w żołądku, strachu czy czegokolwiek podobnego. Wsłuchana w Michaela Bubla, którego ciepły głos wydobywał się wprost do moich zmysłów, delikatnie łagodząc problemy, przewracałam kolejne strony Fashion Magazine. 

Nowy Świat. Krakowskie Przedmieście. I zaczęło się to dziwne uczucie. Ekscytacja i chęć poznania czegoś nowego mieszała się z zakłopotaniem i niepewnością.  Jeżeli sobie nie poradzę? Co jeśli będzie tak trudno, że odniosę porażkę? A jeśli moją grupa będzie beznadziejna? Jeżeli nikogo nie poznam? Jeżeli teraz JEGO nie poznam, to kiedy? Z wielkim przerażeniem mijałam bramę Uniwersytetu Warszawskiego.

Chciałam zacząć ten nowy etap w życiu (podobno najpiękniejszy, najcudowniejszy) - jakoś dobrze. Ładnie się ubrałam, klasycznie, żeby nie przesadzić, ani w jedną, ani w druga stronę. Uznałam, że biały t-shirt, jeansy, marynarka w paski i  baleriny (nie, tym razem nie szpilki, bo odcisk na stopie nie pozwolił mi założyć podstawowego elementu mojej garderoby) są odpowiednie na moje pierwsze oficjalne zajęcia studenckie.

Do Audytorium Maximum trafiłam za tłumem, usiadłam w jednej z ław. Sama. Czekałam. Fakt, przyszłam trochę wcześniej, nietaktem byłoby spóźnienie się na wykład z przedmiotu podstawy ochrony własności intelektualnej, to takie ważne ;) Rozglądałam się po sali, po ludziach już przybyłych. Widać kto z Warszawy, a kto nie. Widać po zachowaniu, po wyglądzie zewnętrznym. Niektórzy też z przerażeniem na twarzach, kompletnie zagubieni, trochę jak ja. Jednak nie podeszłam do nikogo, o nic nie zapytałam, po prostu czekałam. Godzina 0.00, zaczął się wykład. Ja wciąż sama sobie siedzę, nikt się nie dosiadł. No cóż - myślę - bywa i tak, że nikt się nie dosiada.

Co chwilę wchodzili jacyś spóźnialscy. Oj, denerwujące to, i to bardzo. Jednym z takich spóźnialskich był chłopak, który usiadł obok mnie, wcześniej pytając się czy może. Oczywiście, z lekkim uśmiechem na twarzy zgodziłam się. Co miałam się nie zgodzić, skoro to był przystojny i bardzo porządny chłopak. Koszula w paski biało czerwone nieco wystawała zza idealnie wyprasowanego czerwonego swetra. Chwila zastanowienia: to zasługa mamy czy dziewczyny? Pozostawiłam tę myśl dla dalszego podziwiania jego wyglądu. Zegarek, na skórzanym pasku, o ile się nie mylę Omegi (uuu, nie bieda! Ale może podróbka, moje oko nie jest jeszcze tak wprawione w odróżnianiu oryginalnych zegarków, ale to był porządny zegarek). Torba beżowa, ładny brązowy notes. Mały minus za spodnie, wydawały się być ze sztruksu. Ale chłopak zadbany, paznokcie i dłonie jak najbardziej w porządku. Idealny dla mnie, jeszcze ten dwudniowy, seksowny zarost... Po chwili przysiadła się do nas kolejna spóźnialska, z czerwonym nosem od kataru. Dzisiaj nie stanowisz dla mnie konkurencji, Droga Koleżanko. 

Chciałam ściągnąć trochę od chłopaka obok mnie, po rozdaniu nam arkuszy z zaliczeniem dzisiejszych wykładów. Zobaczywszy pytania, nieco się wystraszyłam. Nie był to test abcd, tylko samemu trzeba było udzielić odpowiedzi, a pytania były tak skonstruowane, że nie wiedziałam co właściwie mam tam napisać. Dlatego w trakcie prawie 4-godzinnego monologu wykładowcy, chciałam podpatrzeć jakich odpowiedzi udzielił chłopak, jednak jego pismo było małe i trochę niewyraźne. Musiałam zdać się na siebie. Zdołałam zobaczyć jego imię K., z kierunku nauki o rodzinie. Damn. Zawsze pod górkę, rzadko będziemy się widywali, a właściwie znając moje szczęście, nie zobaczymy się nigdy.

Spotkałam E. z liceum, z klasy. Chociaż jedna znana twarz. Nie byłam z nią w super przyjacielskich stosunkach  (chociaż cytrynówkę na imprezie u M. i Ś. piłyśmy z jednej butelki), ale wydaje mi się, że nie miałyśmy też problemów z dogadaniem się, po prostu taka koleżanka z klasy. Dwa słowa przy wyjściu z nią zamieniłam, zapoznałam się z niejaką M. i A. z polityki społecznej, oddałam zaliczenie, ściągając jedną odpowiedź od E. i grzecznie pomaszerowałam na pociąg.

A na drogę powrotną
http://www.youtube.com/watch?v=5ry_WozkBAk


M.