Uczyłam się i uczyłam, i uczyłam tak do 4.30. Oczywiście nie nauczyłam się wszystkiego, bo to sama pamięciówka, a u mnie wkuwanie na pamięć o godzinie 2.00 w nocy nie wychodzi najlepiej. Ba, w ogóle nie wychodzi. Co ja robię na takim "pamięciowym" kierunku?! Mówię uczciwie - tęsknię za matematyką! Tu jest pełno wskaźników, definicji, norm, modeli, klasyfikacji, instrumentów, nurtów, teorii, uwarunkowań czegoś tam, nazwisk cudownych uczonych, których nie umiem nawet bezbłędnie zapisać, co dopiero wymówić? Sporo tego i wszystko takie podobne, a jednak inne, bo różni się tylko jednym znaczącym słowem (którego i tak nie jestem w stanie zapamiętać).
Egzamin o 10.00, więc zostały mi 3 godziny snu. Bardzo, ale to bardzo nie chciało mi się podnieść, rozważałam nawet konsekwencje pozostania w ten szary, deszczowy dzień w łóżku. Jednak zdrowy rozsądek wygrał! Wszystkie czynności wykonywałam sprawnie - jedzenie, mycie zębów, piękny strój wybrałam już wczoraj (czarne krótkie spodenki, czarne rajstopy, beżowa jedwabna koszula, marynarka Ady, płaszczyk Ady, buty Ady - nie ma jej, więc ja korzystam) i wreszcie makijaż. Niechcący włożyłam sobie pędzelek eyelinera do oka, zaczęły mi lecieć łzy, idealna kreska się rozmazała i musiałam wszystko poprawiać i później znowu poprawiać, bo nie wychodziło już tak ładnie... Jaki problem!
Godzina 9.05 a ja jeszcze w domu. Na złość tramwaj jechał bardzoooo wolno, coś w nim trzeszczało, gruchotało i przy palmie byłam o 9.47. Może nie stresowałabym się tak bardzo, że nie zdążę, gdyby nie to, że dzisiaj ten nieszczęsny egzamin. Chciałam sobie wcześniej pogadać z ludźmi, pochwalić się moim "idealnie dopasowanym ubiorem", jednak dziś nie było mi to dane. Wbiegłam do sali w ostatniej chwili. Usiadłam w pierwszym rzędzie. Zauważyłam T. siedzącego 2 ławki ode mnie. Miejsc w audytorium jest ok. 200, piszących około 80, a my znów siedzimy blisko siebie. Czyż to nie wspaniałe?
Zadanie 1. to opis definicji, należało wpisać tę definicję. 2/3
Zadanie 2. to skróty jakiś instytucji, należało rozszyfrować skrót i go wpisać. (PIP - sądziłam, że wymyśliłam rozwinięcie tego skrótu, ale jak się okazało, to jest dobrze) 4/4
Zadanie 3. to napisać definicję 3 pojęć (naturalny przyrost ludności, zabezpieczenie społeczne, minimum egzystencji). 3/3
Zadanie 4. w jaki sposób są wyznaczane wskaźniki HDI i liczba reprodukcji ludności. W HDI się pomyliłam o jedną kwestię, a reprodukcję napisałam źle 0,5/2
Zadanie 5. Pytania, na które trzeba było odpowiedzieć tak/nie. Myślę, że tutaj większość zrobiłam dobrze.
Zadanie 6. Scharakteryzować jeden z modeli polityki społecznej i podać jego autora. Nazwisko autora napisałam oczywiście z błędem, a samo zadanie ciekawe jak mi oceni, bo nie wyczerpałam tematu i nie jestem pewna czy w ogóle dobrze to napisałam.
Szybko się z tym uwinęłam. Czekałam aż T. odda swoją pracę, żebym mogła zaraz po nim wyjść i aby mógł zobaczyć mój "idealnie dopasowany ubiór". Jednak tak czekałam aż czekanie mi się znudziło, więc oddałam swój egzamin i wyszłam, ostatni raz spoglądając na Niego. Marynarka, koszula i okulary. Seksownie. I ten czarny tunel w uchu. Mmmm.
Dobrze, że wyszłam, bo spotkałam Ewę i Olę, więc jeszcze porozmawiałyśmy. Gadamy, gadamy, po czym widzę, że T. skończył pisać i właśnie idzie na autobus. Więc co robię ja? Jakżeby inaczej, też wychodzę z dziewczynami.
Pada i pada, a ja mam tylko płaszczyk bez kaptura i zamszowe buty (ale to nie moje, więc nie rozpaczam tak bardzo). Jechaliśmy oczywiście 175. Mogę jeździć każdym innym autobusem, ale akurat, ta linia podoba mi się najbardziej ;)
Ewa wspomniała o jakiejś imprezie z okazji zakończenia sesji, oczywiście w Parku, w środę. Ma być sporo ludzi z mojej licealnej klasy, trochę ludzi z roku i znajomi, znajomych. Miałam zamiar pojechać w niedzielę do Żyrardowa, ale w tym wypadku chyba zostanę do czwartku. Poza tym Szarfi wczoraj odpisał na naszą pracę zaliczeniową. Dobre są wywiady (akurat to ja je redagowałam), nudny budżet (Dorota) i jakże by inaczej, kultura Alka jest cała do poprawki. Tak czy inaczej w Warszawie muszę jeszcze posiedzieć, bo w Żyrardowie laptopy nie działają i nie miałbym jak pracować.
Jutro rzekomo obowiązkowy wykład z ochrony własności intelektualnej. Nie wiem czy mam na to iść, nikt nie wie. Skoro byliśmy na tym we wrześniu, pisaliśmy później z tego "test" to czy teraz znów musimy tracić na to 3 godziny? Przez pół roku nie dowiedziałam się też czy ten egzamin zaliczyłam. Wpis w usosie miał się pojawić już dawno, jednak nic nie ma na ten temat. Nie chce mi się na to iść. Przecież przez ten czas mogę pouczyć się filozofii (sarkazm). Nikt nic nie wie...
Do dzisiaj także muszę się zastanowić czy przepisać się do grupy, w której jest T. i niestety tylko 7 innych osób, w tym Alek. Grupa do której jestem obecnie zapisana liczy 26 osób! Boję się, że będę tego później żałowała, że ciągle by nas brali do odpowiedzi lub coś podobnego, a T. będzie chodził tak jak chodzi na wykłady, czyli prawie wcale. Więcej go nie ma niż jest i nie zaliczył logiki, i ma zaliczyć także administrację z powodu nieobecności. Co robić? Teraz i tak go nie wyrzucą (chyba, że sam zrezygnuje), bo rozliczenie jest roczne, a nie semestralne. Więc to może być ostatnia okazja do zapoznania się z nim, bo na II rok mogę go już nie zobaczyć. Przepisać się? Na pewno jest większe prawdopodobieństwo*, że pojawi się na ćwiczeniach niż na wykładzie. Więc przepisać się czy nie?
* "prawdopodobieństwo" jak to ładnie matematycznie brzmi. Aż policzyłabym prawdopodobieństwo dwukrotnego wyrzucenia liczby 3 w sześciennej kostce do gry, wiedząc, że rzucający rzuca kostką 4 razy. To były zadania...
M.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz