Cudownie jest odpoczywać w domu, kłaść się spać o 3.00, wstawać o 13.00 i niczym się nie przejmować. Podczas ferii nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego i szalonego. Cisza, spokój i oczekiwanie na sprawdzenie poprawionej pracy z administracji. Podobno były też jakieś problemy z naszymi egzaminami z filozofii, że niby ktoś okradł szaloną profesor w autobusie, nasze testy przepadły, wyniki też. Później jak się okazało, ona tylko gdzieś te egzaminy zostawiła, nie wiedziała gdzie, część odnalazła, część nie. Pisałam już, że jest roztrzepana? W każdym razie w usosie mam 4 i to najważniejsze.
Jednak błogiego lenistwa nadszedł kres. Czas zacząć II semestr. Mam mnóstwo nowych przedmiotów o niezbyt zachęcających nazwach. Ale oczywiście jestem pełna optymizmu i nadziei, że jakoś to będzie.
Poniedziałek. 7.00 rano. Śnieg nasypuje się do butów, a ja pędzę na koszykówkę! Usos mnie pokonał i nie udało mi się zapisać ani na body art, ani na pilates, nawet na siłownie nie było miejsc, a siłownia o wiele bardziej by mi pasowała godzinowo. Jednak nic z tego, cud, że zostało ostatnie miejsce na koszykówce. I tym sposobem mam 15 minut na przedostanie się spod Banacha, na wykład z socjologii na Krakowskim. Co w godzinach szczytu, przez centrum Warszawy jest wręcz niemożliwe.
Jednak myślę, że koszykówka nie jest takim złym pomysłem. Pobiegam, poprawię kondycję, ukrwienie i wydolność. Ruch to samo zdrowie, poza tym dawno nie grałam w kosza, mimo, że lubię ten sport.
Na zajęciach było nas pięcioro (zapisało się 14 osób). Byłam ja, 3 naprawdę miłe dziewczyny i Piotrek ode mnie z roku, właściwie nigdy z nim nie rozmawiałam, nie wydaje się zbyt towarzyski, ale może uda mi się z nim zamienić kiedyś słowo. Graliśmy 2 na 2, biegaliśmy, dużo rzucaliśmy do kosza, porządna rozgrzewka. Super powrócić do tego po latach. Nawet zostałam pochwalona, i to kilka razy, a trener zapamiętał już nasze imiona! Oby było tak za każdym razem, a będą to chyba najlepsze zajęcia.
Na wykład spóźniłam się 10 minut, a więc mieszczę się w kwadransie akademickim ;) Zasypiałam, nie chciało mi się słuchać, chociaż wykładowca jest miły i ma wiedzę, to mimo wszystko zmęczenie po wf i niewyspanie dawało się we znaki. Zaliczenie wykładu odbędzie się w formie USTNEJ! Oj niedobrze!
Później ćwiczenia z socjologii z tym samych profesorem. Trzeba będzie robić jakieś prezentacje, referaty, będziemy też organizować debaty i dyskusje, poza tym na każde zajęcia będzie obowiązkowa lektura do przeczytania. Ustne zaliczenie. Niezbyt ciekawie się zapowiada. Prócz tego mamy zajęcia w małej sali, jesteśmy pościskani i jest niewygodnie, bo ławki tez są ustawione jakoś cudacznie. Gorąco, duszno, ledwo oddycham.
Wybrane zagadnienia z prawa cywilnego i rodzinnego to następne zajęcia, w ukochanej sali filozoficznej w filarami i niedziałającym mikrofonem. Pani profesor ubrana w krótką, rudą, marynarkę z ciężkiej tafty i spódnicę do kostek w brązowym kolorze, także ze świecącego ciężkiego materiału i dwunastocentymetrowych, szarych botkach zupełnie nie pasującymi do całości, a nie przepraszam - nic do siebie nie pasowało, bo do tego miała czerwoną dużą torbę i rudo-brązowe grube futro lub coś co powinno je przypominać, na pierwszy rzut oka wydaje się być niezwykle surowa, wymagająca, bez poczucia humoru, bez jakiegokolwiek uśmiechu. Kodeks cywilny trzeba "bezwzględnie znać na pamięć". Nie ma zmiłuj - artykuł po artykule, przypis po przypisie, wyjaśniające komentarze z czterech opasłych podręczników - mieć w jednym paluszku. Do tego wszystkiego, mamy robić prezentacje i aktywnie się udzielać, bo to przecież konwersatorium.
Dodam, T. nie było na zajęciach!
M.
poniedziałek, 25 lutego 2013
piątek, 1 lutego 2013
1.02.2013
Cieszę się, że prowadzę tego bloga. Wczoraj wieczorem miałam bardzo ciekawe zajęcie - czytałam moje pierwsze wpisy (musiałam znaleźć sobie jakieś niesamowicie ważne zajęcie, żeby tylko nie uczyć się filozofii). Właściwie przeczytałam wszystko od września. To miał być taki blog informacyjny, opisujący tylko życie na uczelni, być może wskazówka dla innych, jednak teraz przybrał on formę pamiętnika. Stał się bardziej intymny, bardziej mój. Dobrze, dzięki temu przypominam sobie każdy dzień. Wygodniej mi pisać na klawiaturze niż na kartce papieru. Może nie powinnam tego publikować? Właściwie to i tak wszystko jedno.
Dzisiaj ten nieszczęsny egzamin z filozofii. Wczoraj, jak już wspomniałam, nie uczyłam się wcale. Nic kompletnie. Stek bzdur i głupot ta filozofia. Po raz kolejny liczyłam na cud, jak najwięcej pytań testowych i działający internet. A i pomoc Doroty, z którą bardzo intensywnie współpracowałam. Właściwie, to ja jej więcej pomagałam niż ona mi, ale mimo wszystko wspólnymi siłami coś napisałyśmy. Były 4 grupy, ale my mądrzy studenci, szybko między sobą się pozamienialiśmy i tym samym para przed nami miała taką sama grupę, ja z Doris, siedzącą ze mną w ławce tą samą, a Maciej z tyłu też tę sama grupę z jakąś dziewczyną.
Było 25 zadań w tym kilka testowych. W pozostałych trzeba było przyporządkować jakąś teorię, skomentować jakąś historyjkę (co mnie najbardziej rozśmieszyło) w podejściu chrześcijańskim, kantowskim i utylitarnym. Historyjka dotyczyła tego, że jest jedno miejsce w łodzi, kogo na nią zabierzesz i dlaczego, czy wykształconego lekarza czy bezrobotnego urzędnika? A nawymyślałam w tym zadaniu, aż głowa mała. Tak samo jak w ostatnim zadaniu, gdzie trzeba było coś napisać na 100-150 słów, na jeden z 4 możliwych tematów do wyboru. Opisałam etyczne granice tolerancji. Na pewno na więcej słów, starałam się to zrobić w sposób jak najbardziej filozoficzny i refleksyjny, jakobym była niezwykle oczytanym i wykształconym człowiekiem, choć tak naprawdę moja wypowiedź to jakieś głupoty o "wartościach moralnych, bycie i poznawaniu otoczenia". Głupie jak cała ta filozofia. Ale coś napisałam.
Były też 2 zadania z wypowiedzią jakiegoś filozofa. Trzeba było samemu wpisać, kto to powiedział lub kto mógł to powiedzieć. Phiii.. bez internetu nie dałoby rady. Chociaż i internet w pewnych kwestiach nie dawał mi jednoznacznej odpowiedzi - musiałam strzelać lub coś sama wymyślać.
Ot, taki egzamin z filozofii. Wyszłam jako jedna z ostatnich. T. znów siedział 2 ławki przede mną, ale teraz ewidentnie to On patrzył gdzie usiądę i poszedł za mną ;) Tak mi się przynajmniej wydaje lub mam taka nadzieję. A swój test oddał po 15, może 20 minutach. Pewnie znowu się nie nauczył i będzie musiał poprawiać! Słyszałam, że WPSu też nie zaliczył, tak samo jak ekonomii w swojej grupie (nie było go na drugim kolokwium). Cholera, niech on się weźmie do pracy, a nie tak olewa wszystko. Jak taka sytuacja pojawi się i w drugim semestrze, i nie będzie chodził na zajęcia, chyba się załamię. Dla kogo ja będę chodziła na te ćwiczenia? Wczoraj też poprosiłam Dorotę, aby się ze mną przepisała do tej drugiej grupy z kwestii i psychologii. Zrobiła to trochę niechętnie, wolała abyśmy zostały w pierwszej. Nie chciała być w 10-osobowej grupie razem z Alkiem, ale jak ja powiedziałam, że nie dam rady i muszę się przepisać do tej drugiej, ze względu na T. - ona zrobiła to samo, ze względu na mnie.
Ufff... i już po sesji. Nie znam jeszcze wszystkich ocen, a z filozofii mamy iść osobiście do niej za tydzień dowiedzieć się czy zaliczyliśmy. Jak nie, to od razu u niej ustnie odpowiadasz, jak tak, to wracasz do domu. To jakiś absurd, bo ocena powinna być w usosie, takie są przepisy. Ona jest taka roztrzepana. Nie da się z nią dogadać, ma swój mały, dziwny, filozoficzny świat.
Teraz powinnam ogarnąć cały nieład jaki zrobił się w mieszkaniu przez ten intensywny tydzień. Sterta brudnych naczyń wychodzi ze zlewu, śmieci już nie są w kosztu, tylko obok, a w lodówce tylko światło. Wszystko tak odkładałam. Pranie - po sesji, poskładanie ubrań do szafy - po sesji, odkurzenie - po sesji. A po sesji mi się już nic nie chce, położyłabym się spać może obejrzałabym w końcu jakiś film. Ewentualnie poszłabym gdzieś poszaleć. Tylko niestety wszyscy już mi się porozjeżdżali do swoich rodzinnych miast w całej Polsce, albo mają jeszcze egzaminy, i tak sobie samotnie siedzę wokół pustych kubków po kawie i opakowań po ciastkach.
Wracam 18.02. Przeżyłam I semestr całkiem nieźle.
M.
Dzisiaj ten nieszczęsny egzamin z filozofii. Wczoraj, jak już wspomniałam, nie uczyłam się wcale. Nic kompletnie. Stek bzdur i głupot ta filozofia. Po raz kolejny liczyłam na cud, jak najwięcej pytań testowych i działający internet. A i pomoc Doroty, z którą bardzo intensywnie współpracowałam. Właściwie, to ja jej więcej pomagałam niż ona mi, ale mimo wszystko wspólnymi siłami coś napisałyśmy. Były 4 grupy, ale my mądrzy studenci, szybko między sobą się pozamienialiśmy i tym samym para przed nami miała taką sama grupę, ja z Doris, siedzącą ze mną w ławce tą samą, a Maciej z tyłu też tę sama grupę z jakąś dziewczyną.
Było 25 zadań w tym kilka testowych. W pozostałych trzeba było przyporządkować jakąś teorię, skomentować jakąś historyjkę (co mnie najbardziej rozśmieszyło) w podejściu chrześcijańskim, kantowskim i utylitarnym. Historyjka dotyczyła tego, że jest jedno miejsce w łodzi, kogo na nią zabierzesz i dlaczego, czy wykształconego lekarza czy bezrobotnego urzędnika? A nawymyślałam w tym zadaniu, aż głowa mała. Tak samo jak w ostatnim zadaniu, gdzie trzeba było coś napisać na 100-150 słów, na jeden z 4 możliwych tematów do wyboru. Opisałam etyczne granice tolerancji. Na pewno na więcej słów, starałam się to zrobić w sposób jak najbardziej filozoficzny i refleksyjny, jakobym była niezwykle oczytanym i wykształconym człowiekiem, choć tak naprawdę moja wypowiedź to jakieś głupoty o "wartościach moralnych, bycie i poznawaniu otoczenia". Głupie jak cała ta filozofia. Ale coś napisałam.
Były też 2 zadania z wypowiedzią jakiegoś filozofa. Trzeba było samemu wpisać, kto to powiedział lub kto mógł to powiedzieć. Phiii.. bez internetu nie dałoby rady. Chociaż i internet w pewnych kwestiach nie dawał mi jednoznacznej odpowiedzi - musiałam strzelać lub coś sama wymyślać.
Ot, taki egzamin z filozofii. Wyszłam jako jedna z ostatnich. T. znów siedział 2 ławki przede mną, ale teraz ewidentnie to On patrzył gdzie usiądę i poszedł za mną ;) Tak mi się przynajmniej wydaje lub mam taka nadzieję. A swój test oddał po 15, może 20 minutach. Pewnie znowu się nie nauczył i będzie musiał poprawiać! Słyszałam, że WPSu też nie zaliczył, tak samo jak ekonomii w swojej grupie (nie było go na drugim kolokwium). Cholera, niech on się weźmie do pracy, a nie tak olewa wszystko. Jak taka sytuacja pojawi się i w drugim semestrze, i nie będzie chodził na zajęcia, chyba się załamię. Dla kogo ja będę chodziła na te ćwiczenia? Wczoraj też poprosiłam Dorotę, aby się ze mną przepisała do tej drugiej grupy z kwestii i psychologii. Zrobiła to trochę niechętnie, wolała abyśmy zostały w pierwszej. Nie chciała być w 10-osobowej grupie razem z Alkiem, ale jak ja powiedziałam, że nie dam rady i muszę się przepisać do tej drugiej, ze względu na T. - ona zrobiła to samo, ze względu na mnie.
Ufff... i już po sesji. Nie znam jeszcze wszystkich ocen, a z filozofii mamy iść osobiście do niej za tydzień dowiedzieć się czy zaliczyliśmy. Jak nie, to od razu u niej ustnie odpowiadasz, jak tak, to wracasz do domu. To jakiś absurd, bo ocena powinna być w usosie, takie są przepisy. Ona jest taka roztrzepana. Nie da się z nią dogadać, ma swój mały, dziwny, filozoficzny świat.
Teraz powinnam ogarnąć cały nieład jaki zrobił się w mieszkaniu przez ten intensywny tydzień. Sterta brudnych naczyń wychodzi ze zlewu, śmieci już nie są w kosztu, tylko obok, a w lodówce tylko światło. Wszystko tak odkładałam. Pranie - po sesji, poskładanie ubrań do szafy - po sesji, odkurzenie - po sesji. A po sesji mi się już nic nie chce, położyłabym się spać może obejrzałabym w końcu jakiś film. Ewentualnie poszłabym gdzieś poszaleć. Tylko niestety wszyscy już mi się porozjeżdżali do swoich rodzinnych miast w całej Polsce, albo mają jeszcze egzaminy, i tak sobie samotnie siedzę wokół pustych kubków po kawie i opakowań po ciastkach.
Wracam 18.02. Przeżyłam I semestr całkiem nieźle.
M.
Subskrybuj:
Posty (Atom)