Jak nie zaliczę kolokwium, zawsze mogę zwalić winę na pechową datę. Wystarczy 50% i ekonomię na ten semestr mam z głowy. Nie było bardzo, bardzo trudne. Zadania matematyczne stosunkowo łatwe, w definicjach i ćwiczeniach opisowych też coś wymyśliłam, najgorsze były pytania testowe. Mam mieszane uczucia, zrobiłam wszystko, skończyłam przed czasem, nie wiem, nie wiem, oby było tak dobrze jak z logiką.
Po konserwatorium z prawa poszłam do domu. Pani od ekonomii chora, więc wykład odwołany, a mi nie chciało się czekać ponad 2,5 godziny na kolejne zajęcia. Na WPS może i bym poszła, ale administracji i tak bym nie przeżyła, więc bez sensu było czekanie. Dodatkowo Dorota też poszła do domu, uczyć się prawa konstytucyjnego, T. nie było (!), Ewa miała robić swój projekt na administrację razem z Olą i Agą, z Alkiem nie chciałam siedzieć, Marysia poszła na obiad, a ja nie miałam pieniędzy. Nie pozostało mi nic innego jak zwolnić się z zajęć. Poza tym musiałam się przygotować na dzisiejszą rejestrację na oguny i wybrać te ostateczne, które dopasowałyby się o mojego planu. I angielski do zrobienia!
Z rejestracją mi nie wyszło, a tak czekałam i odświeżałam. Eh! Dorota też nie dała rady, a miałyśmy chodzić razem. Ostatnia szansa w poniedziałek, gdy będziemy się rejestrowały na inne oguny. Jak mi nie wyjdzie będę w kropce, bo nic więcej nie ma co miałoby dużo punktów ECTS i co byłoby choć troszeczkę ciekawe. Nie wiem co zrobię, już teraz muszę szukać czegoś na zastępstwo "literatury i kultury popularnej", na którą miałam chodzić.
Nie wyszło mi też z angielskim. Prezentację (!) związaną o ochroną środowiska trzeba było przesłać do 23.00, nie tak jak zawsze do 24.00. To moja wina. Zawsze wszystko robię na ostatnią chwilę, a później krzyczę, płaczę, że nie zdążyłam, nie wyrobiłam się gdzieś i autobus odjechał. Zawsze tak jest, a mimo to, mam miliard "ważniejszych" rzeczy do zrobienia. To musi być moje postanowienie noworoczne: "Robić od razu, nie odkładać na później!"
Na sobotę umówiłam się z Alkiem i Dorotą w BUWie na kolejne spotkanie w sprawie naszego projektu. Już jak o tym myślę dostaję szału. Spotykamy się już chyba 7 raz, a wciąż w naszej pracy mamy bałagan i wszystko co tam jest, jest od czapy. Alek twierdzi, że prawie skończyliśmy, wystarczy jeszcze odnieść się do książki Kuleszy i Izdebskiego, i zakończenie. Dla niego wszystko jest pięknie i nawet zmieścimy się w wymaganej ilości słów. To jest tragiczne, nie chcę podpisać się po czymś co wygląda jak kupa. Dosłownie. Nie ma ładu i składu. Omawiamy wychowanie i oświatę, a Alek dodał do tego jeszcze opis kultury na 7 stron. Pomijam, że to jest już zupełnie inny wydział na Ursynowie, ale to zostało napisane takim infantylnym językiem, że nie jestem nawet w stanie przeczytać tych siedmiu stron. Dorocie też się nie podoba, ale nie wiemy jak mamy to poprawić, żeby nie urazić Alka. Wiemy, że włożył pracę w napisanie tych kilku stron, ale to jest bardzo kiepskie i co najgorsze - nie na temat. Dlatego nie lubię robić pracy w grupach, wole poświęcić dwa razy więcej czasu i napisać po swojemu. A w tym przypadku ciężko mi współpracować z kimś kogo tak naprawdę nie znam i z kimś kto ma zupełnie inną koncepcję niż ja.
A jutro w usosie rejestracje na nasze przedmioty i chyba na wykłady. Tym razem się nie dam. Muszę zapisać się tak jak ja chcę, a nie jak zostanie miejsce. Mam już ułożony plan, choć bardzo mi się nie podoba, kilkugodzinne okienka nie zbyt mnie zadowalają, to mimo wszystko jest to najlepsza opcja. Oby się udało.
W tym tygodniu pierwszy raz od rozpoczęcia studiów nie idę na imprezę! Na razie wszystko zapowiada się na to, że siedzę w domu cały weekend. Ale i tak pewnie nie zajrzę do administracji (kolokwium z tego cudownego przedmiotu już w czwartek!).
M.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz