sobota, 27 października 2012

14.10.2012

Wiedziałam, że nadejdzie taki dzień, że na WPS mnie weźmie do odpowiedzi. I wzięła. Udało mi się z tego częściowo wybrnąć, coś powiedziałam, ale jak dopytywała o szczegóły, nie umiałam wywnioskować nic więcej. Nie lubię tego przedmiotu ani kobiety, która go uczy. Pieprzenie o niczym, teksty do czytania beznadziejne i niezrozumiałe. Czytam i nie wiem co czytam...

Specjalnie dziś na filozofię ładnie się ubrałam, umalowałam. Wiedziałam, że będzie T. i nie pomyliłam się. Nawet teraz, gdy to piszę mam skurcz w brzuchu... Stałam pod ścianą, czekając na najgorsze 1.30h dzisiejszego dnia, sama, bo nie mogłam znaleźć nikogo znajomego. Po chwili pojawił się T. stanął także sam naprzeciwko mnie, bardzo blisko. Od razu zaczęłam się zachowywać jak idiotka, bo odwracałam głowę, to w jedną to w drugą stronę, niby kompletnie nie zainteresowana jego obecnością (choć oczywiście wewnątrz, czułam coś zupełnie innego). On zresztą także rozglądał się na boki, obserwował ludzi i w końcu trafiło na mnie. Od stóp, aż w końcu poniósł oczy wprost na mnie. Wtedy też mu się przyglądałam i nasze spojrzenia spotkały się. Trwało to nie więcej niż sekundę, bo speszona szybko odwróciłam wzrok. Głupio się czułam, nie wiem czemu, ale On po prostu tak na mnie działa! Pani profesor spóźniała się, a ja nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Nie lubię tak czekać i mieć przed sobą mój obiekt westchnień.

Usiadłam po środku, w 3 rządzie, chciałam dać ostatnią szansę naszej wykładowczyni i dzisiaj jej naprawdę posłuchać. Dodam, że T. zajął miejsce w następnej ławce i siedział za mną, ale... jakiś chłopak go zawołał i powiedział, żeby usiadł koło niego i tym samym T. siedział prawie koło mnie, bo dzieliło nas jedynie puste krzesło. Pani profesor, jak zwykle, krzątała się, próbowała podłączyć rzutnik, mikrofon i inne sprzęt, których standardowo nie umiała uruchomić. Chamsko się śmieliśmy i nie kwapiliśmy się do tego, żeby jej pomóc. Szkoda mi jej, ale ta kobieta jest taka... przygnębiająca i uczy filozofii, to też jest smutne. T. także się śmiał pod nosem, co mi sprawiało jeszcze większą radość.

Pani profesor wypuściła nas 40 min. wcześniej, bo ją oko bolało. Dzięki Bogu, bo nie wytrzymałabym dłużej i nadal twierdzę, że ten przedmiot jest jednym z najbardziej beznadziejnych i niepotrzebnych na tych studiach. Jedne co robię na zajęciach to wypisywanie słowa "nuda" w różnych językach lub pisanie sms-ów o niczym do siostry i do innych ludzi lub po prostu wpatruję się w zegarek. Czasem przepisuję z prezentacji nazwiska "wielkich filozofów i myślicieli", których obowiązkowo musimy znać, bo to "wielcy filozofowie i myśliciele".

Wracałam z T. 175, ja wysiadłam na pl. Zawiszy, a on pojechał dalej. Pewnie mieszka gdzieś na Ochocie. To całkiem blisko mnie! ;)

http://www.youtube.com/watch?v=sBFA7k5eXmc 

Przypomniał mi się stary, dobry hit.

M.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz